Dlaczego Żydzi nas nienawidzą?

Rafał Ziemkiewicz  Poland 2002

Przedsiębiorstwo Holokaust

film o Żydach zrobiony przez Żyda

Rafał Aleksander Ziemkiewicz (ur. 13 września 1964 w Piasecznie)

polski dziennikarz, publicysta, komentator polityczny i ekonomiczny, pisarz fantastycznonaukowy i działacz fandomu. Współzałożyciel stowarzyszenia Endecja.

   Akurat w czasie mojego pierwszego w życiu pobytu w USA przypadła pięćdziesiąta rocznica wyzwolenia KL Auschwitz

Dla jej uczczenia urządzano w Waszyngtonie rozliczne im­prezy, między innymi spotkania z tzw. survivors, czyli ludźmi, któ­rzy przeżyli holocaust. Na jedno z nich udał się mój amerykański przyjaciel. Bob, człowiek pozbawiony jakichkolwiek uprzedzeń i, jak większość współczesnych Amerykanów, łączący kompletny brak wiedzy o poza amerykańskim świecie z dobrotliwą naiwnością. Wró­cił zdziwiony.

https://twitter.com/r_a_ziemkiewicz?lang=pl

choose your language

Otóż, jak mi opowiadał, tytułowy ocalały, w wieku bardzo już podeszłym - opowiadał, jak to staruszkowie, mocno nieskładnie, na jednym oddechu łącząc sprawy bardzo ważne i błahe wspominki o pierwszym balu czy cukierni za rogiem. Przedwojenną Polskę wspominał bardzo miło, mówił, że Polacy zawsze okazywali jego rodzinie życzliwość, a polscy ułani byli niezwykle dzielni i umieli skakać na swych koniach przez każdą przeszkodę - ale niestety- Niemcy zmiażdżyli polskie wojska i wtedy zaczęło się piekło.

 

W pewnym momencie organizatorzy spotkania nie wytrzymali. Żydowski aktywista, który żadną miarą nic mógł pamiętać nic tylko wojny, ale nawet marca 1968, odebrał staruszkowi mikrofon i zrobił widowni wykład, prezentując typowe intelektualne wyposażenie żydowskiego aktywisty z USA. Polacy, wyjaśnił, są i zawsze byli antysemitami, prześladowali Żydów od niepamiętnych czasów, naj­bardziej przed wojną, a potem chętnie współpracowali z nazistami (nazistami - w tym środowisku wszystkie prawdziwe i urojone winy przypisuje się bez ogródek Polakom jako narodowi, ale hitlerow­ców nikt nigdy nie nazywa Niemcami). Polskie wojsko wcale się nic broniło, przeciwnie, wspólnie z hitlerowcami likwidowało war­szawskie getto i dokonywało pogromów, a obozy założono w Pol­sce właśnie dlatego, że tutaj mógł Hitler liczyć na współpracę miej­scowej ludności... Staruszek ponoć usiłował protestować, ale orga­nizatorzy po prostu go zakrzyczeli.

 

- Słuchaj - zapytał mnie w końcu Bob - właściwie dlaczego Żydzi tak was nic lubią?

 

Świetne pytanie, Bob. No cóż, spróbujmy się zastanowić nad odpowiedzią, dlaczego młodzi Żydzi, którzy Polaka nigdy w życiu nic widzieli na oczy i być może mieliby kłopoty z pokazaniem na­szego kraju na mapie, wychowywani są w takiej nienawiści do nas.

 

Niewątpliwie swoje robią kompleksy. Żydzi amerykańscy w czasie zagłady zachowali się wobec współwyznawców z krajów okupowanych jak ostatnie świnie. Szmul Zygielbojm w ostatniej rozpaczy popełnił samobójstwo, chcąc zwrócić uwagę świata na dokonującą się tragedię - i też nic to nie dało. W tym samym czasie żydowskie organizacje w USA wręcz starały się o to, by prześladowaniom Ży­dów przez Hitlera nie nadawano nadmiernej rangi, bo mogłoby to odwrócić uwagę od sprawy dla nich najważniejszej, a mianowicie założenia w Palestynie żydowskiego państwa. A Niemcy, wysuwa­jący dyskretne propozycje, że za jakąś sumę mogliby to i owo, spotykali się ze stanowczą odmową. Napisano o tym kilka książek wystarczająco sprawę dokumentujących, bym nie musiał się tu wi­kłać w szczegóły. O ofiarach holocaustu przypomniały sobie ame­rykańskie organizacje żydowskie dopiero wtedy, gdy pojawiła się realna nadzieja na skoszenie z nich niezłego szmalu.

 

Ta shylockowska pazerność, z jaką amerykańscy adwokaci zabra­li się do operacji rewindykowania mienia po ofiarach zagłady ma w sprawie udział jeszcze większy. Nie kwestionuję oczywiście zwrotu majątku tym, którym go zabrano bądź ich legalnym spadkobiercom - to sprawa oczywista i bezdyskusyjna, bez względu na jakiekol­wiek względy etniczne i fakt, że III RP, za sprawą rządzących nią od dziesięciu lat polityków, jest paserem, który mienie skradzione przez nazistów i komunistów traktuje jak własne, jest faktem haniebnym. (Inna sprawa, czy akurat kongresmani z USA mają moralne prawo pouczać nas w tej sprawie; pani Hillary Clinton polecałbym raczej, żeby najpierw skupiła się na sprawie restytucji własności, którą jej własny kraj zrabował Indianom). Ale wiadomo, że nie chodzi tu o mie­nie konkretnych osób, tylko o pretensje światowych organizacji ży­dowskich do mienia po tych, którzy spadkobierców nie mają. A także o pieniądze wyciskane z tytułu „odszkodowań” za holocaust, które to odszkodowania trafiają nie do poszkodowanych, tylko do wspomnia­nych organizacji i nowojorskich adwokatów.

 

Z prawnego punktu widzenia rzecz jest piramidalnym absurdem. Jeśli Polak mieszkający na Litwie umrze nie pozostawiając spadko­bierców, jego majątek przejmuje litewski skarb państwa. Podobnie w wypadku każdego innego kraju i każdej innej nacji. Gdyby Pol­ska zażądała nagle od USA domów i placów w amerykańskich mia­stach, pozostałych po zmarłych bez spadkobierców Polakach, po­traktowano by nas puknięciem w głowę. I słusznie.

 

Jestem w stanic znaleźć tylko jeden argument, przemawiający za prawem światowych z nazwy a amerykańskich de facto organizacji żydowskich do owego majątku, o który walczą one nie prze­bierając w środkach. Otóż kilka wielkich banków i koncernów, na­leżących głównie do Żydów i będących tradycyjnie sponsorami tych­że organizacji, w latach trzydziestych zainwestowało poważne sumy w partię nazistowską, a później w hitlerowski cud gospodarczy. Od biedy mogłyby więc one żądać uznania złota powyrywanego ze szczęk ofiar nazizmu jako należną im dywidendę od tej inwestycji. A nawiasem, jeśli współcześni Shylockowie domagają się odszko­dowań od IBM, twierdząc, że holocaust nie doszedłby do skutku bez jego technologii - to warto przypomnieć, że na pewno tym bar­dziej nie byłoby holocaustu bez pieniędzy J.P. Morgana.

 

O ile mi jednak wiadomo, tego argumentu nic wysunięto. Orga­nizacje żydowskie w swoich roszczeniach posługują się prawem kaduka. Aby nikt nie odważył się tego głośno powiedzieć, niezbęd­na jest atmosfera, w której każdy, kto odważy się przeciwko chci­wości amerykańskich Żydów zaprotestować zostanie automatycz­nie napiętnowany jako antysemita.

 

I o to właśnie chodzi, Bob. O to, że ci pomordowani przez Hitle­ra i innych prześladowców dla dzisiejszych Żydów z krajów bezpiecznych i bogatych są po prostu kapitałem akcyjnym. Ogrom zbrodni, której się wobec nich dopuszczono, służy dziś uprzywilejowaniu wpływowych ośrodków żydowskich. Tytułem rekompen­saty za to, czego doświadczyli środkowoeuropejscy Żydzi z rąk Niemców i ich kolaborantów, inni Żydzi mają teraz prawo miażdżyć gąsienicami czołgów i szatkować z cekaemów palestyńskich nasto­latków, uzbrojonych w kije i kamienie. Tak to ujął w prasowej wy­powiedzi ambasador Izraela w Polsce: „Dla nas bezpośrednią lekcją z historii jest to, że musimy za wszelką cenę budować na solidnych podwalinach państwo żydowskie, żeby nie powtórzyła się tragedia z lat, kiedy Żydzi byli mniejszością rozsianą po świecie".

Nie są­dzę, żeby sformułowanie „za wszelką cenę" było wynikiem przeję­zyczenia. Tak po prostu izraelski polityk myśli: interesy Izraela są nadrzędne (znane niemieckie powiedzenie: über alles) i muszą być zrealizowane choć­by po trupach. Oczywiście, tę „wszelką cenę” za walkę o żydowską przestrzeń życiową (po niemiecku: Lebensraum) muszą zapłacić inni. Także krwią.

 

Wiem, usłyszę zaraz, że palestyńscy terroryści mordują bez lito­ści przypadkowych ludzi, kobiety i dzieci. To prawda. Ale bez lito­ści mordowali także albańscy terroryści w Kosowie, i kiedy Serbo­wie w odpowiedzi zaczęli torturować więźniów i prześladować wszystkich Albańczyków jak leci, społeczność międzynarodowa wysłała nad Belgrad bombowce. Mimo, iż Milośewić nie wydał roz­kazu, by w miejsce prawdopodobnego pobytu przywódców terrory­stów walić rakietami, a jeśli przy okazji zabije się jakieś dziecko albo dziennikarza, to trudno - nasz interes narodowy (über alles!!!).

 

Dobrze, ale wracajmy do naszej, polskiej krzywdy. Otóż, żeby ten kapitał, jakimi są popioły spalonych pobratymców (nie używam sło­wa „przodków”, bo jednak w większości mówimy o zupełnie in­nych Żydach) mógł procentować, potrzebny jest mit. Trzeba ten mit umacniać wszelkimi sposobami i głosić całemu światu. A mit rządzi się prostymi prawami. W micie może być tylko ofiara i oprawca. Na drugą ofiarę miejsca nic ma. Jeśli wiadomo, że ofiarą naród żydowski, to cierpienia innych narodów trzeba zminimalizować, zaprzeczyć im, a najlepiej uczynić z nich kolaborantów. Dlatego właśnie wpływowe środowiska żydowskie od lat uprawiają je kłamstwo oświęcimskie, twierdząc, że w Auschwitz nic było innych więźniów niż Żydzi, i dlatego ośrodki te nie chcą pozwolić aby na terenie przyległym do obozu, zamienionego w miejsce pielgrzymek dla takich ludzi jak wspomniani na wstępie młodzi działacze, czczono także pamięć innych, nieżydowskich ofiar Hitlera.

 

Zaprzeczenie prawa do martyrologii innym dotyczy oczywiście nie tylko Polaków - tzw. religia holocaustu nadaje Zagładzie status czegoś wyjątkowego i bezprzykładnego, każąc deprecjonować i pomniejszać wszystkie inne przypadki ludobójstwa. Ale dla nas  żydowska "hagada" jest szczególnie paskudna. Bo jeśli buduje się swą tożsamość na poczuciu krzywdy (tak, jak Niemcy po pierwszej wojnie odbudowywali swą narodową więź wokół legendy o Dolchstoss (ciosie (sztyletem) w plecy - proszę wybaczyć ciągłe iskanie tych podobieństw, ale wszystkie szowinizmy przypominają się nawza­jem) i osaczenia, to potrzebny jest jakiś archetypiczny prześladow­ca. Kto może w micie spełnić tę rolę? Niemcy wyrazili swą skruchę już wielokrotnie, zrobili to w brzęczącej walucie, a na dodatek są pierwszą gospodarczą potęgą Europy i trzecią świata. Rosja jest zbyt wielka, by się z nią gniewać, poza tym jako była „ojczyzna proleta­riatu” cieszy się nieodpartą sympatią środowisk lewicowych, w któ­rych nie brak prominentnych Żydów. Nie ma też co przesadnie ak­centować wkładu, jaki w „Ostateczne rozwiązanie” wniosły formacje Litwinów, Ukraińców czy Rumunów, bo to kraje na mitycznego Oprawcę zbyt mało się w świecie liczące.

 

Tak się składa, że wrobienie w rolę odwiecznego i najbardziej zajadłego prześladowcy Żydów czyli Polski okazało się najwygodniejsze. Polska to kraj w sam raz - ani za mały, ani za duży Poniewieranie nim niczym nie grozi, w światowej gospodarce się nie liczy, a na dodatek większość Żydów zginęła właśnie tutaj. Fakt, że jeśli chodzi o historyczną prawdę... Ale nie rozśmieszajcie mnie - kogo obchodzi historyczna prawda? Tu chodzi o stereotyp poręczny jak cep, taki, który jest w stanie przyswoić przeciętny Amerykanin.

Ą przeciętny Amerykanin, co może nie wszyscy wiedzą, jeśli chodzi o historię Europy to człowiek zupełnie z Księżyca. Amerykanka z wyższym wykształceniem, na wysokim stanowisku, potrafiła pal­nąć do mojej znajomej: no przecież polski rząd musiał pozwolić Hitlerowi, żeby zbudował Auschwitz właśnie u was - i nawet trud­no mieć do niej pretensje większe, niż do kilkuletniego dziecka. Je­śli Amerykanie w kółko słyszą o polskim antysemityzmie, polskich obozach koncentracyjnych, i o nazistach - to oczywiste, że coraz większa ich część jest przekonana, że owi naziści to właśnie Polacy.

 

Środowiska żydowskie wyprodukowały, i produkują wciąż, ogrom­ne sterty historycznych fałszów, których cytowanie zajęłoby całą książ­kę. Polska reakcja na nie jest gorzej niż beznadziejna. Polonia amery­kańska, prawem kompensacji, idzie często w autentyczny antysemi­tyzm i to, co potrafią wypisywać chicagowskie gazety albo pleść nie­którzy polonijni działacze znakomicie antypolskie stereotypy utwier­dza. Z kolei elity krajowe, jak to mają we zwyczaju, schowały głowę w piasek. Informacje o „polskich obozach koncentracyjnych" i wszyst­kich tych podłościach kolportowanych za granicą przez długie tata stanowiły w Polsce tabu. Gdy w „Gazecie Polskiej” odważyliśmy się to tabu złamać, cytując co bardziej horrendalne kawałki z opiniotwór­czych żydowskich pism i opracowań, nic było takich podłości, któ­rych by wtedy różne dziennikarskie szuje i łotry nic zawahały się o nas, jako o mniemanych antysemitach, napisać.

 

Dziś, oczywiście, sprawa wygląda lepiej - o antypolskich stereo­typach mówić i pisać już wolno. Choć wiele w tym mówieniu i pisa­niu poczciwej naiwności, a niewiele myślenia konstruktywnego.

 

Co nazywam poczciwą naiwnością? Postawę, która zakłada, że dla polsko żydowskiego pojednania najlepiej będzie, jeśli ze skru­chą wyznamy przed światem wszelkie winy, jakie na nas ciążą i ja­kie na nas nie ciążą, nie żądając wzajemności w historycznych roz­liczeniach. Okażemy tym samym dobrą wolę, która stopi lody po stronie przeciwnej, a wtedy stare uprzedzenia pójdą w niepamięć. Są co prawda, powiadają naiwni poczciwcy, antypolskie napaści, ale ekstremiści są i po naszej stronie, więc nie należy za bardzo dawać się rozjątrzyć, gdy ktoś gdzieś znowu napisze, że cala Polska historia to wieki antysemityzmu.

 

Otóż nie, nie ma symetrii pomiędzy fobią Polaków do Żydów, a antypolskimi stereotypami wśród Żydów. Antysemityzm jest w Polsce atrybutem ludzi z marginesu publicznej debaty, i spotyka się z powszechną dezaprobatą - do tego stopnia, że nawet zajadli układacze różnych parszywych „list Żydów” czują się w obowiązku zapewniać, że wcale antysemitami nie są. Natomiast po stronie żydowskiej nienawiść do Polski i Polaków potrafią bez zażenowania głosić osoby z samego opiniotwórczego centrum, a kłamliwe stereotypy wpaja się młodzieży. Jeszcze nie tak dawno młodzi Żydzi przyjeżdżający na „marsz żywych” byli instruowani, by nigdy nie oddalać się od grupy, nie rozmawiać z nieznajomymi i zwłaszcza nie przyjmować żadnych poczęstunków, bo Polacy mogą próbować ich otruć.

 

Demonstracyjna skrucha zaś i przyznawanie się z góry do wszyst­kiego nie przybliży żadnego pojednania, jeśli druga strona takiego pojednania nie chce. A mam wrażenie, że żydowskim przywódcom - na mocy mechanizmu opisanego powyżej - pojednanie z Polaka­mi nie jest dziś potrzebne w stopniu najmniejszym. Znacznie bar­dziej potrzebują oni religii holocaustu i stworzonych na jej użytek stereotypów. Dopóki się to nie zmieni, żadnego pojednania nie bę­dzie, a naiwne jego próby będą wykorzystywane do wzmagania an­typolskich nastrojów - na zasadzie: proszę, sami się przyznają.

 

Spra­wa mordu w Jedwabnem dowiodła tego w całej rozciągłości. Nie mam na myśli polskiej medialnej debaty wokół Jedwabnego - ta służyła poznaniu historycznej prawdy, była bardzo merytoryczna i sądzę, że wypadła lepiej, niż można by sądzić. Ale wystarczy poczytać prasę zachodnią, by dostrzec, że żydowska diaspora wcale prawdy nie potrzebuje i nie jest nią zainteresowana. Ona potrzebuje kolejnego utwierdzenia w poczuciu, że Żydzi zawsze byli i są nadal osaczeni, prześladowani i znienawidzeni, a już zwłaszcza przez Po­laków. A temu najlepiej służy wyjściowa teza Grossa - że w Jedwabnem Polacy sami z siebie, dnia pewnego, ni stąd ni zowąd, wymordowali 1600 swoich sąsiadów, a Niemcy nie mieli z tym nic wspólnego. Weryfikowanie tego, co pasuje do hagady, szukanie hi­storycznej prawdy samo w sobie jest dla żydowskich przywódców przejawem antysemityzmu, a w polskich reakcjach na sprawę Je­dwabnego interesowało ich tylko przyznanie się do winy - i tylko o tym donosiły wpływowe zachodnie media.

 

Mówiąc nawiasem, to wszystko, co dzieje się zarówno w żydowskiej diasporze, jak i w Izraelu, powinno najbardziej niepokoić

samych Żydów. Może i nie jestem osobą szczególnie upoważnioną do wygłaszania takich opinii, ale dobre rady warto przyjmować od każdego. Szowinizm, realizowanie swoich klanowych interesów za wszelką cenę na dłuższą metę nie wyszły na zdrowie nikomu. Obró­cą się także i przeciwko Żydom. Izrael może oczywiście wymordo­wać jeszcze setki palestyńskich miotaczy kamieni i nożowników, może wyłapać i pozabijać rakietami jeszcze kilka kolejnych zmian przywódców terrorystów - ale idąc tą drogą, zresztą wytyczoną mu właśnie przez zamachowców, zmierza do samobójstwa. W ten spo­sób tylko utwierdza nienawiść, która go w końcu zaleje. Demogra­fia nie pozostawia co do tego wątpliwości. A budowanie tożsamości zeświecczonej żydowskiej diaspory na kompleksie ofiary, na (skalowaniu pretensji wobec świata i przyznaniu sobie monopolu na współczucie służy chyba tylko wyobcowaniu Żyda ze świata i wpojeniu wszystkim, że z Żydem można tylko - albo na kolana, albo pogrom, bo normalnie nie będzie nigdy.

 

Ale to nie moja sprawa. Moja sprawa to nasza, polska głupota i nieudolność, która jest istotnym czynnikiem, powiększającym szko­dy, jakie wyrządzają nam w oczach światowej, zwłaszcza amery­kańskiej opinii publicznej, antypolskie oszczerstwa.

 

Co się bowiem dzieje, gdy „New York Times” znowu zamieści jakieś podłe kłamstwo o rzekomej polskiej odpowiedzialności za ho­locaust? Polacy piszą pełne oburzenia listy do gazet. Swoich gazet, polonijnych. I pławią się w tych listach w poczuciu krzywdy, w jakiś właściwy naszej nacji, znajdując w tym przyjemność. Atakują nas, prześladują - wiadomo, wszak jesteśmy Chrystusem Narodów.

 

Kiedy amerykańska Polonia próbowała jeszcze za czasów ZSSR wspomnieć gdzieś o Katyniu albo upamiętnić te zbrodnię pomni­kiem, natychmiast ambasada sowiecka wytaczała jej proces, zleca­jąc jego prowadzenie którejś z renomowanych kancelarii adwokac­kich (dlatego pomniki takie znaleźć można głównie w polskich kościołach i na przykościelnych cmentarzach). Kiedy amerykańska gazeta pisze o polskich obozach koncentracyjnych, przychodzą owszem, listy ze sprostowaniami, czasem nawet z polskiej ambasady ale gazeta wyrzuca je do kosza. Więc doskonale, że tak się pisze i nigdy jeszcze nikt nic miał o to procesu. Skoro Polacy nigdy nie odważyli się oddać sprawy do sądu - to widocznie sami dobrze wiedzą, że przegraliby. Tak pomyśli każdy Amerykanin. A więc ich gołosłowne protesty nadają się tylko do kosza.

 

Taki proces powinny już dawno wytoczyć organizacje polonij­ne. Polacy są w Ameryce drugą co do liczebności grupą etniczną. Ale ta liczna grupa etniczna nie ma ani jednego kongresmana czy senatora, ani jednego wpływowego biznesmena czy lobbysty, nic liczy się w żadnej dziedzinie życia, przeważnie nie obraca nawet własnymi kapitałami, tylko trzyma je w banku na procent. Amerykańscy Polacy są, przykro to powiedzieć, społecznością zdominowaną przez kmiotów, i jedyne, czym mogą zainteresować współo­bywateli, to „polish kielbas” i bigos. Działające wśród Polonii orga­nizacje są słabe, nieliczne i zdominowane przez ludzi w typie preze­sa Moskala, co to do żadnych szkół nie chodzili i są z tego dumni. Na dodatek, jak to Polacy, wszyscy żrą się ze wszystkimi. Co światlejsi z polonusów z zasady starają się od polonijnego życia trzymać jak najdalej i jak najszybciej się zamerykanizować.

 

Skoro Polonia wygląda tak właśnie, to obroną dobrego imienia Polski powinna się zająć polska ambasada. Ale w hierarchii priory­tetów kolejnych rządów promocja Polski w świecie jest gdzieś w siódmej dziesiątce. Wszystkie pieniądze, jakie przeznacza na to nasz wiecznie dziurawy budżet, nic starczyłyby nawet na zaliczkę dla renomowanego adwokata, żeby zechciał napisać pozew - a byle jakim adwokatom takich spraw się nie zleca. Politycy mają to gdzieś. Wydaje im się, że wiele zrobią, jeśli premier pójdzie w „marszu żywych". Ale to nic nie znaczy, bo we wszystkich wiodących na świecie mediach jego obecność tam została zignorowana. A naszym intelektualistom wydaje się, że wiele zrobią, jeśli wystąpią gdzieś na sesji, na której w grzecznych i delikatnych słowach powiedzą coś tam i żydowski dyskutant przyzna im oględnie, że „pewne ste­reotypy są dla Polaków krzywdzące”. To też nic nie znaczy. Nie dziwmy się, że jest, jak jest. Gdyby przynajmniej Polska była krajem, z którym rozsądnie jest się liczyć! Pamiętam, że raz tylko słyszałem z ust izraelskiego premiera dobre rzeczy o naszym kraju: było to wtedy, gdy Izrael starał się o kontrakt na rakiety dla śmigłowca „huzar". Ale Polacy rządzą się tak, jak się rządzą - to znaczy tak, że po prostu nie mają światu nic do zaoferowania. Znacz­nie bardziej opłaca się Polską pomiatać, niż z nią handlować.

 

W czasach, kiedy nic nie można osiągnąć bez intensywnej pro­mocji, my w ogóle nie przyjmujemy do wiadomości, że warto się postarać, aby takiego Boba i miliony jego rodaków nastawić do naszego kraju życzliwie. Nic ma się tym kto zająć, nic ma na to pienię­dzy - nasi hurrapatrioci potrafią tylko jęczeć i żalić się na doznawa­ne krzywdy, a nasi intelektualiści bzdurzyć o pojednaniu, które na­stąpi dzięki strzępieniu jęzorów. Czytałem gdzieś, że dzisiejsze po­kolenie Amerykanów jest ostatnim, które uważa, że Polacy tylko współpracowali z Niemcami w mordowaniu Żydów. Następne bę­dzie już przekonane, że Polacy dokonali holocaustu całkiem samo­dzielnie. Jeśli będziemy się nadal zachowywać w ten sposób - to z całą pewnością tak.